niedziela, 14 grudnia 2014

Walcz do końca: rozdział 14



                Hogwart ma to do siebie, że gdy tylko zrobi się choć trochę sieplej i wiosenniej, nauczyciel zielarstwa angażuje swoich uczniów z ostatniego roku w pracę na błoniach, wmawiając im, że dzięki temu się uczą się jednoczyć z roślinami. Tak więc gdy tylko skończyłyły się przymrozki, pani Wooden przygotowała wachlarz zajęć dla siódmoklasistów: przycinanie, malowanie, sadzenie, spulchnianie gleby i wszystko inne, o czym tylko uczniowie mogli nie marzyć.
                Annabel, która wybrała sobie zielarstwo jako przedmiot rozszerzony, już miała dosyć, przewidując długie godziny pracy w zimnie, bo w końcu dziesięć stopni nie jest temperaturą wymarzoną do uprawiania ogródka. Tym gorzej, że mieli pracować w parach. Większosć jej przyjaciół na rozszerzenie wybrało OPCM albo zaklęcia, więc nie było nikogo, z kim chciałaby pracować. Gdy cała klasa dobrała się w pary, została tylko ona i Louis Clausse, który zawsze był raczej typem przemądrzałego samotnika z Ravenclaw. Został prefektem, bo był spokojny i porządny, ale nie przysporzyło mu to przyajciół.
                -Masz parę? – zapytał, a dziewczyna zaprzeczyła. – No to już masz. Mam nadzieję, że załapiemy się na przycinanie albo sadzenie, jak uważasz?
                -Sadzenie byłoby ekstra – zgodziła się.
                Louis Clausse wyglądał tak, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, ale nie za bardzo wiedział, co, a Annabel nie zbyt wiedziała, czy powinna się odzywać. Pamiętała, jak w trzeciej klasie wkurzył Łapę i Rogacza, na co ci zrobili mu jakiś kawał – nie wiedziała dokładnie jaki, ale wiedziała, że chłopak go zapamiętał, bo po dziś dzień się z nimi nie przywitał.
                -Dobrze, kto chce dziś sadzić? – zapytała pani Wooden, na co ręka Louisa wystrzeliła w powietrze jak oparzona.
                -My! My byśmy chcieli pani profesor! – powiedział nieco zbyt głośno, a cała klasa spojrzała na nich z dezaprobatą. Annabel żałowała, ze nie może w tej chwili zniknąć jak wtedy, z Remusem, pod peleryną.
                Psorka dała im rękawiczki i narzędzia, wyznaczyła miejce i kazała wziąć się do roboty, odchodząc do innej pary. Annabel uznała, że najlepiej zrobić co trzeba i mieć spokój, więc wzięła się do pracy. Niestety, Louis, choć równie pracowity, był okropnym gadułą i ciągle ją o coś pytał, więc nie dane jej było spokojnie pogrążyć się we własnych myslach.
                -Z ostatniego testu dostałem Powyżej Oczekiwań, chociaż Wooden mówiła, że poszedł beznadziejnie. Według mnie wcale nie był taki trudny, wystarczy się przykładać. A ty co dostałaś? – zapytał.
                -To samo – odparła, teraz plując sobie w brodę, że zamiast wieczór przed testem poświęcić na naukę, leżała z Remusem na łóżku i czytali stare reportaże z Proroków Codziennych dla zabicia czasu. Gdyby wtedy się pouczyła i dostała Wybitny, mogłaby przynajmniej sprawić, żeby Louis się zamknął.
                -No tak, w końcu jesteś mądra – powiedział, jakby z przekąsem, a ona uniosła brwi ze zdziwieniem. – Co jeszcze powiesz? Jakie masz plany po skończeniu szkoły?
                -Magofarmacja – odpowiedziała, głęboko wierząc, że tak właśnie będzie. Była pełna młodzieńczej nadzieji i goniła za swoimi ideałami.
                -Ambitnie – przyznał. – Ja chciałbym zajmować się głównie roślinami, projektowaniem ogrodów, takie tam rzeczy. Chcę założyć własne przedsiębiorstwo ogrodnicze.
                -Super – mruknęła, wiedząc, że chłopak oczekuje jej reakcji. Starała się być dla niego miła, bo nie miała w zwyczaju dawać ludziom otwarcie do zrozumienia, że nie chce z nimi przebywać.

***

            Na obiedzie przy stole Gryfonów panował raczej ponury nastrój, który był jeszcze efektem wczorajszego meczu, który przegrali ze Slytherinem. James nie mógł przeżyć faktu, że to Aaron Smith, a nie on, złapał znicz.
            -To nie twój ostatni mecz – powiedziała po raz setny Lily, mając już powoli dość ten całej gadaniny o quidditchu, której musiała bez przerwy wysłuchiwać.
            -Evans, nie rozumiesz – wtrącił się Łapa. – Tu chodzi o nasz HONOR. Godność Gryffindoru została zdeptana przez jakiś zielonych półmózgów.
            -To się im odgryziecie w następnym meczu – wzruszyła ramionami Dorcas.
            -Wiecie, słuchanie o quidditchu jest porywające, ale muszę przygotować wszystko do spotkania prefektów, także spadam – Annabel wstała od stołu i udała się do wyjścia z Wielkiej Sali.
            Była dziś pełnia i Remus wyglądał wyjątkowo blado, trzęsł się gorzej niż zwykle. To pewnie dlatego, że ostatnią przeszedł wyjątkowo spokojnie. Kazała mu więc dojeść, a potem odpocząć i nawet nie myśleć o pojawieniu się na spotkaniu.
            -A ten co? – zdziwił się Remus, widząc, jak do wychodzącej z sali Ann podszedł Louis Clausse i o coś zagadał. Po chwili wyszli, a wyglądało to tak, jakby chciał ją odprowadzić. – Od kiedy ona z nim gada?
            -Może ma romans – zaproponował złośliwie Łapa, przez co od razu dostał od Lunatyka w łeb. – Auu! Nie martw się Luniu, wymyślimy coś na tego drania. Przecież on z nią porozmawiał! To niedopuszczalne!
            -Weź się zamknij – Remus spojrzał na niego spod byka.
            -Nie, on ma rację! – do Łapy dołączył Rogacz. – Skoro miał czelność zwrócić się do twej lubej, na przykład zapytać, o której jest spotkanie prefektów, to musi nas popamiętać.
            Luantyk pokazał im „wredną gebę” i zajął się jedzeniem. Teraz jego reakcja serio wydawała mu się niedorzeczna. W końcu mógł pytać o coś w stylu „nie przeszkadza ci, że się spóźnię na zebranie?”albo „o której zaczynamy?”. Zaczął się w myślach strofować za zbytnią zazdrość, która przecież podobno niszczy związki.
            Chociaż wolałby być na spotkaniu, chociażby, żeby popilnować Clausse’a, do którego nagle stracił wszelkie zaufanie, to faktycznie czuł się beznadziejnie. Od rana miał dreszcze, które tylko przybierały na sile. Czuł się tak, jakby miał co najmniej 39 stopni gorączki, choć wiedział, że to nie to. Kiedy po obiedzie położył się do łóżka, natychmiastowo zasnął.

***

            -Cześć – uśmiechnęła się Ann, zajmując miejsce przy stole w pokoju prefektów. Do kubka nalała sobie kawy z dzbanka stojącego na środku stołu. – Remus źle się czuje i nie mógł przyjść, ale powiedział co mamy zrobić, więc jakoś sobie poradzimy.
            Zazwyczaj to Lunatyk prowadził te spotkania. Co tu kryć, potrafił lepiej przemawiać. Kiedy mówił, ludzie go po prostu słuchali.
            -Nocne dyżury według rozpiski na ścianie, chyba, że chcecie się jakoś pozamieniać.
            -Mam w czwartek ważny sprawdzian z transmy – zgłosił się Bertie z Hufflepuffu. – Może moglibyśmy wziąć twój i Remusa dyżur z czwartku a wy byście wzięli nasz środowy?
            Ann zgryzła wargę w skupieniu. To pojutrze. Dzisiaj pełnia, więc jutro raczej Lunatyk przeleży dzień w Skrzydle Szpitalnym. Ale do środy powinien wydobrzeć.
            -Spoko – zgodziła się. Już zmieniam – wzięła kolorowe pióro i zaznaczyła zmianę w grafiku.
            -Mam pomysł – powiedział Louis. – Może, jako, że jest drugi semestr, pozmieniamy pary? Trochę odmiany zawsze się przyda.
            -Jak byś to widział? – zapytała, trochę na odczepnego, wiedząc z góry, że ten pomysł nie wypali.
            -Dla przykładu Maggie byłaby z Ray’em, Victoria i Miranda się kolegują więc mogłyby być razem, Gray z Claudią, Bertie z Remusem i ja z tobą – powiedział głosem tak pewnym siebie, że Annabel musiała powstrzymać się od wywrócenia oczami.
            -Nie – odpowiedziała cicho. Trudno jej było odmawiać, zwłaszcza, że widziała, jak Miranda i Victoria się ucieszyły z pomysłu Louisa. – Znaczy… muszę pomówić z Remusem. Ale najpierw ustalcie miedzy sobą, kto z kim chciałby być. Z tym, że ja i Remus się raczej nie zamienimy.
            -No weź, mogłoby być fajnie – przekonywał ją Louis.
            -My z Mirandą stworzyłybyśmy idealną parę do walki z huligaństwem – powiedziała dziarsko Victoria.
            -Ale nie bez powodu te pary są mieszane – wtrącił Ray, rok młodszy od Ann chłopak z Gryffindoru. Bardzo zżył się z Claudią i nie chciał być w parze z kimś, kogo praktycznie nie znał. – Spójrzmy prawdzie w oczy, ale niestety, gdyby doszło do brutalniejszych sytuacji czy szarpaniny, co raz mi się zdarzyło, to dwie dziewczyny nie mają szans.
            -Ray ma rację – powiedziała Annabel tonem kończącym dyskusję. – Poza tym Remus się na to nie zgodzi, więc jak chcecie, możecie próbować go przykonywać, ale nic to nie da.
            Wiedziała, że unika odpowiedzialności i zrzuca winę na Lunatyka, ale musiała przywołąć jego imię, by sprowadzić wszystkich do porządku. Gdyby tu był, w życiu nie wypłynąłby taki temat. Wiedzieli, że Remus jest tradycjonalistą i  chce, żeby wszystko było zrobione tak, jak to zawsze działało, a poza tym to on był tą osobą, która nie chodziła na ustępstwa. Denerwowały go nawet zmiany w grafiku dyżurów, a co dopiero takie coś.
            Po skończonym zebraniu Ann, całkowicie wypalona i wymęczona, udała się do Wieży Gryffindoru. Za oknami wyglądało tak, jakby zaraz miało zmierzchać. Po drodze spotkała wychodzących ze szkoły Huncwotów.
            -Jak spotkanie? – zapytał Luantyk, który zatrzymał się, by się przywitać. Był jeszcze bledszy niż na obiedzie, z ciemnymi cieniami pod przekrwionymi oczami. Zawsze, gdy go takim widziała, było jej go strasznie żal. To nie fair, że taka osoba musi znosić takie cierpienia. Miał wielki potencjał, a to niszczyło jego życie.
            -Dobrze – wzruszyła ramionami. Nie chciała go jeszcze dodatkowo denerwować. – Mamy dyżur w środę zamiast w czwartek.
            -Okej – mruknął zrezygnowany. – Zastanawiam się, po co w lato ślęczałem godzinami nad tym grafikiem, skoro i tak teraz mają go dzieś.
            -Nie możemy od nich wymagać, że będą łazić po nocy, kiedy na drugi dzień mają ważny sprawdzian – usprawiedliwiła ich Ann.
            -Ej, Luniek, rusz się! – zawołał remusa Łapa. Byli już pół piętra niżej.
            -Widzimy się jutro – uśmiechnęła się Annabel. – Trzymaj się – powiedziała, całując go delikatnie.
            -Dobranoc – powiedział z krzywym uśmiechem, ściskając jej dłoń zimną, drżącą ręką.

            Jak w każdą pełnię, trudno jej było zasnąć. Wciąż miała wrażenie, że słyszy wycie wilka, choć Wrzeszcząca Chata była na tyle daleko od szkoły, że nie było prawdopodobne, by słyszała cokolwiek.

niedziela, 16 listopada 2014

Walcz do końca: Rozdział 13




            Promienie porannego słońca wpadając przez duże okno oświetlały jej ciemne włosy i nagie plecy, gdy spała odwrócona do niego tyłem. Remus właśnie się obudził i gdy tylko ją zobaczył, uśmiechnął się na wspomnienie wczorajszej nocy i tego, jaka była piękna. Najpiękniejsza. Choć tak krucha i chuda, że momentami bał się, czy nie rozpadnie się pod jego mocnym dotykiem.
            Po chwili poruszyła się odwróciła do niego twarzą. Przetarła zaspane oczy.
            -Cześć piękna – powiedział, całując ją „na dzień dobry”.
            -Hej – uśmiechnęła się. – Dawno wstałeś?
            -Przed chwilą. Jest już siódma.
            -Już? – Annabel usiadła, przytrzymując kołdrę. W końcu nadal była naga. – Muszę się jeszcze spakować przed wyjazdem.
            -Leż – powiedział i pociągnął ją za rękę tak, że znów położyła się obok niego. – Śniadanie zacznie się dopiero za półtora godziny.
            Annabel przewróciła oczami. Przytuliła się go niego, przymykając oczy.
            -Zaraz zasnę – mruknęła sennie. – Nie daj mi zasnąć.
           
            -Remus do cholery miałam nie zasypiać – Annabel podniosła się z łóżka, widząc na zegarze godzinę ósmą czterdzieści sześć i Lupina siedzącego przy stole.
            -Nie miałem serca cię budzić – wzruszył ramionami. – Zamiast tego przeszedłem się do szkolnej kuchni i skołowałem nam kawę i kanapki.
            -A chciałam się na ciebie gniewać – westchnęła, po czym zaczęła się ubierać. – No nie patrz na mnie, jestem naga!
            -Odbierasz mi całą radość życia.
            Przesiedzieli jeszcze pół godziny nad kawą w pokoju prefektów nim powzięli decyzję pójścia do dormitoriów i spakowania się na wyjazd.

            Annabel miała nadzieję wejść do sypialni najbardziej niepostrzeżenie jak to tylko możliwe, ale okazało się, że nie dość, że współlokatorki na nią niecierpliwie czekały, to jeszcze zdążyły ją obgadać wzdłuż i wszerz.
            -Gdzieś ty się po nocy włóczyła z Lunatykiem? – zapytała Dorcas, gdy tylko Ann weszła. – Spaliście razem? Zrobiliście to? Jak było? Ale ze szczegółami!
            -Rose miałaś być damą! – rzuciła Lily z nutą rezygnacji w głosie.
            -No co ty niech dziewczyna szaleje póki jest młoda. I jak? Dobry jest w łóżku?
            -Ale ja jeszcze niczego nie potwierdziłam – zaprzeczyła cicho Ann, siadając na swoim łóżku i wyjmując spod niego walizkę, by się spakować. Zaczęła wkładać do niej potrzebne rzeczy.
            -Noo ile jeszcze mamy czekać? Mów wszystko! – Dorcas była tak podekscytowana, że prędzej walnąłby w nie teraz meteor niż dałaby spokój.
            -Okej, niech wam będzie. Ale to ma zostać między nami – przestrzegła je. – Patrolowaliśmy korytarze, jak zwykle. W końcu, wiecie, zaczęlismy się całować i było tak miło, że nie chcielismy się rozstawać i poszliśmy spać do pokoju prefektów. No i… zrobiliśmy to – przymknęła oczy, mówiąc ostatnie słowa. Byłą cała czerwona na twarzy.
            -Moja mała stała się kobietą – Dorcas udała, że ze wzruszeniem wyciera łzę z policzka.
            -I jak to jest? Ten pierwszy raz? – dopytywała Lily.
            -Dziwnie – przyznała z lekkim uśmiechem. – W sumie było zabawnie. Nie wiem, czy zrobiliśmy wszystko tak, jak powinniśmy, ale kocham Remusa i nie chciałabym zrobić tego z nikim innym.
            Pod koniec mówiła już tak cicho, że przyjaciółki musiały wytężyć słuch. Im ciszej Annabel coś mówiła, tym ważniejsze to dla niej było.
            -Ale jesteście słodcy – westchnęła Lily.
            -Słodka czy nie, nie jestem damą – Ann wypomniała jej żartobliwie te słowa, a ruda uśmiechnęła się złośliwie.

            -O Lunatyk – powiedział Rogacz, gdy tylko Lupin wszedł do dormitorium. – Byłeś całą noc z Ann?
            -Mhm – potwierdził biorąc się za pakowanie.
            -Jeżeli ta kobieta nie pozbawiła cię dziewictwa, to jesteś dupa wołowa, a nie facet – Syriusz rzucił Luńkowi na pół złośliwe, na pół badawcze spojrzenie.
            -Nie macie większych zmartwień?
            -Tak w sumie to nie – wzruszył ramionami Rogacz. – To jak? Zrobiliście to?
            -Tak – potwierdził z rezygnacją Remus. I tak nie daliby mu spokoju.
            -Farciarz. Lilka się wzbrania jak żelazna dziewica – mruknął James z przekąsem.
            -Nie bierz tego do siebie Rogaś, ale może zmieniłaby zdanie, gdybyś nieco częściej się mył – powiedział złośliwie Łapa, a reszta się zaśmiała. – W każdym razie –rzekł oficjalnym tonem z dumą w głosie- Nasz Lunuś jest już mężczyzną. Powinniśmy to uczcić.
            -Nie będę pił w pociągu, jestem prefektem – zaprzeczył Lunatyk, z miejsca wiedząc, co chodzi Łapie po głowie.
            -A kto mówił o tobie? – prychnął żartobliwie Rogacz. – Więcej dla nas.
            -Ja nie jadę – przypomniał im Syriusz. – Nawet nie marzcie o mojej ognistej beze mnie.
            -W ogóle nie cenisz sobie przyjaźni – mruknął zawiedziony James.

            W drugi dzień świąt Remus szykował się na spotkanie z Annabel. Chciał wziąć ją na zimowy spacer głównymi ulicami Londynu. Wiedział, że dziewczyna raczej nie miała w zwyczaju chodzić po Oxford Street czy Trafalgar Square i nigdy nie była na London Eye, chociaż mieszkała na obrzeżach stolicy od piątego roku życia. Dziwiło go to, bo jakby sam mieszkał w Londynie, chciałby poczuć tętno tego miasta. Około 16.54 zszedł do przedpokoju, ubrał buty, kurtkę, szalik, czapkę i te inne zimowe rzeczy, po czym teleportował się wprost przed zatłoczone wejście do metra. Był zdania, że choć huk przy teleportacji jest głośny, to miejsca, w których jest dużo ludzi pozwalają na większą anonimowość i bycie niezauważonym. Wszedł na stację, odszukując właściwy peron, na którym mieli się spotkać, by o 17.05 odjechać pociągiem do centrum. Nie czekał długo, gdy zobaczył idącą w jego kierunku Ann, w swoim czarnym płaszczyku i białej wełnianej czapce, do kompletu z szalikiem. Uśmiechnął się i wyściskał ją na powitanie.
            -Cześć – uśmiechnęła się. – Jak tam święta?
            -Całkiem dobrze, chociaż mam wrażenie, że nie widzieliśmy się dwa lata, a nie dwa dni – odparł zgodnie z prawdą.
            -Co nie? – zgodziła się. – O, nasze metro – powiedziała i wsiedli do zatłoczonego pociągu, lokując się w strefie względnego bezpieczeństwa przy rurce. – Za to Allan, wyobraź sobie, ma dziewczynę. I nic mi nie napisał!
            -Serio? – zdziwił się. Miał zawsze wrażenie, że rodzeństwo o wszystkim sobie mówi i to w pierwszej kolejności.
            -Siedziała wczoraj u nas cały dzień, mega sympatyczna.
            -A ładna jakaś? – zapytał, przez co dostał od dziewczyny kuksańca w bok. – Tylko pytałem!
            -Ależ oczywiście – wzruszyła ironicznie ramionami.
            -Kwestionujesz moje czyste intencje? – zapytał, obejmując ją jedną ręką w talii.
            -Niczego nie kwestionuję, zwyczajnie wiem, że nie są tak czyste jak mówisz.
            -Teraz to jesteś nie fair – zrobił minę zbitego psa, a Ann pocałowała go w policzek.

            Spacerowali po zatłoczonym Londynie, podziwiając świąteczne dekoracje. Lampki porozwieszane na ulicach wyglądały prześlicznie, szczególnie, gdy zaczynało już zmierzchać. Annabel chwyciła dłoń Remusa, chcąc poczuć jego ciepło. Teraz faktycznie nie potrafiła zrozumieć, czemu nigdy nie chciała jeźdźić do centrum. Atmosfera była magicznie zimowa, i mogła ją poczuć nawet mimo tego, że wszyscy naokoło gdzieś się spieszyli.
            -Miałeś rację – powiedziała. – Faktycznie jest tu pięknie w święta.
            -Zawsze mam rację – wyszczerzył zęby Lunatyk.

            W końcu wieczorem Lunatyk odprowadził ją do domu, na pożegnanie całując przeciągle na klatce schodowej jej kamienicy. Ann pogłaskała jego policzek z kiełkującym zarostem.
            -Może chciałbyś wstąpić na herbatę? Allan wyszedł – uśmiechnęła się.

poniedziałek, 13 października 2014

Walcz do końca: rozdział 12

Wiem, wiem, daaawno nic nie było. Dlatego postanowiłam dziś wstawić rozdział, chociaż jeszcze nie napisałam kolejnego. No nic, idę na żywioł :P
______________________________________________


            Wraz z nadejściem grudnia cały Hogwart niemal utonął w śniegu. Bywały zimy, że w tutejszym klimacie w ogóle go nie było – tej jednak śnieg sypał wręcz zbyt obficie jak na ten region. Annabel nie lubiła ostrych zim. Straszny był z niej zmarźluch, toteż choć w szkole było ciepło, to jakby mentalnie odczuwała temperaturę na dworze, szczególnie, gdy na sklepieniu Wielkiej Sali prószył śnieg. Chodziła w ciepłych swetrach, które często nie były zgodne z regulaminowym ubiorem, ale ze względu na jej nieskazitelność prawną nauczyciele nie zwracali jej uwagi.
            -Hej – Remus właśnie przyszedł z chłopakami na śniadanie, całując ją w policzek.
            -Hej – uśmiechnęła się.
            Byli już razem ponad dwa miesiące, więc po pierwszym szoku przyjaciele przyzwyczaili się do tego, że są para i przestali zwracać na nich taką uwagę, jak na początku.
            -Zostaje ktoś na święta? – zapytał Syriusz. Jutro mieli wyjechać na Boże Narodzenie, ale Łapa nie znosił swojej rodziny, a nie chciał być piątym kołem u wozu w domu Rogacza podczas świąt.
            -Stary, mówiłem ci, że możesz spędzić je u mnie – powiedział Rogacz.
            -Gdybym chciał, to bym spędzał – prychnął z wyższoscią Łapa, a Dorcas i Lily się zaśmiały. Śmieszyła je większość rzeczy, które robili Huncwoci, szczególnie, odkad Lily i Rogacz byli parą. James wiedział, że Syriusz tylko tak mówi. Wiedział, że nie chce spędzać u niego świąt, bo pewnie czułby się nieswojo.
            -Właśnie, teraz sobie przypomniałem – zwrócił się cicho Remus do Ann. – W drugi dzień moi rodzice chcą, żebyście z Allanem do nas przyszli. No wiesz, coś zjeść, posiedzieć.
            -Dzięki – uśmiechnęła się dziewczyna. – Na pewno chętnie przyjdziemy. Twoja mama mnie kojarzy?
            -Pamięta, że raz na wakacjach przed trzecim rokiem spotkała nas w Esach i Floresach. Powinna cię w miarę kojarzyć.
            -Chcę wywrzeć dobre wrażenie – zażartowała Ann, wypinając dumnie pierś.
            -Wywrzesz najlepsze – powiedział z przekonaniem, uśmiechając się do niej i odgarniając kosmyk jej ciemnych włosów za ucho.
            -To takie słodkie… mogę już rzygać? – wtrąciła Dorcas w ich rozmowę.
            -Nie słuchaj jak nie mówią do ciebie – Ann pokazała jej „wredną gębę”.
            -W ogóle słyszeliście, że formuje się takie coś jak Zakon Feniksa? Chcą przeciwstawić się Voldemortowi. Podobno sam Dubmledore jest w Zakonie. Nie ma co, jak skończę szkołę, dołączę do nich – powiedział Syriusz, zawsze chętny do ratowania świata. – Co wy na to?
            -Też idę! Zgładzimy gnoja! – zapalił się James, unosząc pięść w triumfalnym geście.
            -Lubię wasz zapał, ale Śmierciożercy zaczęli wymordowywać szlamy – powiedziała stlumionych głosem Lily, przed którą leżał Prorok Codzienny. Próbowała ukryć swój strach, jednak wszyscy wiedzieli, jak drżą jej dłonie.
            -Kochanie – Rogacz objął ja ramieniem. – Ktokolwiek chciałby z tobą zadrzeć, najpierw musiałby zabić mnie, a ja nie zamierzam zginąć tak łatwo.
            -Jesteś najlepszy – szepnęła mu do ucha Lily, całując jego policzek.
            -Słodko… mogę już rzygać? – tym razem wtrącił te słowa Syriusz, przybijając z Dorcas piątkę.
            -Lunatyk idziemy na lekcje? – zaproponowała Annabel, widząc, że Remus już zjadł. – Pokazałbyś mi rozwiązanie tego zadania z transmy? Bo chyba się w jednym miejscu pomyliłam.
            -Nie ma sprawy – odparł chłopak, wstając i biorąc torbę.
            -Uu, gołąbeczki – zawołała za nimi Dorcas, gdy odchodzili od stołu.
            -Dorcas, robisz się nie do zniesienia – powiedziała Lily. – Zaczynasz kpić ze wszystkich związków.
            -Wiem, za długo jestem sama… - westchnęła.
            -Ej Meadowes, mam to samo – zwrócił się do niej Syriusz. – Ej czekaj! – wyglądał, jakby nad jego głową zapaliła się żaróweczka. – Ja jestem sam i ty jesteś sama, a, co tu kryć, jesteśmy najseksowniejsi w tej grupie. Spotkaj się ze mną po lekcjach, to usatysfakcjonuję cię seksualnie, co?
            -Chyba śnisz, Black – Dorcas zgromiła go spojrzeniem. – Nie przespałabym się z tobą nawet za milion lat.
            -Jeszcze będzie się prosić – mruknął Łapa do Rogacza, tak, żeby dziewczyny nie słyszały.

            Annabel i Remus zajęli swoją ławkę przy oknie w sali z transmutacji. Nikogo jeszcze nie było, więc mieli chwilę dla siebie. Ann pocałowała go lekko, lecz gdy ten chciał odwzajemnic pocałunek, odsunęła się.
            -Mówiłam serio o tym zadaniu – powiedziała, a już po chwili Lunatyk, trzymajac ją za rękę, tłumaczył jej rozwiązanie.
            -Dziś mamy nocny dyżur – wspomniał, gdy do rozpoczęcia zajęć brakowało tylko kilku minut i uczniowie zaczynali się już zbierać w klasie.
            -Wreszcie – dziewczyna naprawdę lubiła te ich dużury, szczególnie, odkąd byli razem. Chodzili powoli po zamku, w półmroku wtuleni w siebie nawzajem. Były to najlepsze chwile, jakie razem spędzali i po zakończeniu szkoły na pewno będzie jej ich brakować.
            -Witam moich uczniów! – do klasy dziarskim krokiem weszła profesor Quinn. – Nie martwcie się, to wasza ostatnia lekcja ze mną przed świętami – przez salę przetoczył się okrzyk radości. – A teraz wyciągamy karteczki.
            -Urocza kobieta – mruknął w ławce za nimi Rogacz.

***

            Po lekcjach Łapa zszedł do Pokoju Wspólnego, gdzie znalazł Dorcas. Puścił jej oczko, a dziewczyna bez słowa poszła za nim. Wiedział, że jeszcze przyjdzie z pytaniem, czy jego propozycja jest aktualna. W końcu panna Meadowes nie była typem cnotliwej grzecznej dziewczynki.
            -Słuchaj Black – powiedziała, zanim weszli do Pokoju Życzeń. – To nic nie znaczy, nasze relacje pozostają neizmienione. Jesteś zwykłymi przyjaciółmi.
            -Z bonusem – wyszczerzył się Syriusz.
            Nie mógł zaprzeczyć, że podoba mu się Dorcas. Była niezłą laską, o ognistym temperamencie, długich czarnych włosach i seksownym ciele. Miała w sobie taką iskrę, dzięki ktrórej faceci do niej lgnęli jak pszczoły do miodu, ale była bardzo wybredna. Już dawno myślał o tym, jakby to było przespać się z nią, bo choć nie była typem dziewczyny, z którą chciałby być w związku, pociągała go.
            W Pokoju Życzeń stało jedynie wielkie łóżko nakryte satynową czerwoną pościelą. Uwielbiał to miejsce. Gdy tylko przekroczyli próg, rzucił ją na łóżko, całując namiętnie. Dorcas oplotła nogami jego biodra, a jej ręce głaskały jego plecy, gdy oddawała pocałunki. Zaczął całować jej szyję, dekolt. Zdjął z niej bluzkę i wprawnym ruchem rozpiął stanik, uwalniając  za piersi dziewczyny, które niespiesznie zaczął pieścić. Już po chwili ta wiła się pod nim, a Łapa uśmiechnął się sam do siebie z satysfakcją. Był w tym najlepszy.
            Nie minęło dużo czasu, a Dorcas ściągała z niego ubrania, całując jego klatę. Dziewczyna jak marzenie – gorąca, chętna, szybko przechodzi do rzeczy i nie chce nic w zamian.

***

            -Ann, widziałaś Dorcas? – zapytała Lily, gdy Annabel szykowała się na nocny patrol.
            -Ostatni raz kiedy wróciłyśmy z obiadu i gdzieś poszła – wzruszyła ramionami, uplatając z włosów francuza.
            -Dziwne, że tak nie wraca. Ej, a może poszła się bzykać z Łapą? – zażartowała, a dziewczyny wybuchnęły śmiechem.
            -Co do bzykania. Zrobiliście to już z Jamesem? – Ann popatrzała na Lily figlarnie, a ruda się zaczerwieniła.
            -Nieee – odparła po chwili, rzucając się na łóżko. – Znaczy… chciał, ale powiedziałam mu, że nie jestem gotowa. Podobno tak powinno się robić przez pierwsze dwa razy, kiedy chłopak się do ciebie dobiera.
            -Co ty? A chcesz żeby… no wiesz?
            -No jasne, jestem dorosła, do cholery! Ale muszę być damą, żeby poznał moją wartość i bardziej mnie szanował.
            -Kto ci tak powiedział? – zapytała Annabel.
            -Ciocia – Lily wzruszyła ramionami. – Mniejsza o to. A wy z Lunatykiem?
            -Jeszcze nie…
            -To pamiętaj o zasadzie „do trzech razy sztuka”, to bardzo ważne – powiedziała Lily. – Jak oddasz mu się od razu, weźmie cię za pierwszą lepszą.
            -Będę pamiętać – uśmiechnęła się Ann, jednak nie wzięła tej rady na poważnie. Wolała chyba być sobą i okazywać uczucia na swój, może nie perfekcyjny, ale naturalny sposób. Gdy umyła zęby i już miała wychodzić, Lily jeszcze za nią krzyknęła:
            -Pamiętaj, masz być damą!
            Ann uśmiechnęła się do siebie, schodząc po schodach. Chciałaby być damą – jak każda dziewczyna. Ale czy damy muszą być zdystansowane i oziębłe?
            -Cześć – uśmiechnęła się od ucha do ucha, gdy po zejściu do Pokoju Wspólnego od razu zobaczyła czekajacego na nią Remusa. Przytuliła go na powitanie, wzięła za rękę i poszli na patrol.

            -Voldemort szuka popleczników – powiedział Lunatyk, gdy przemierzali ciemne korytarze. – Tata przysłał mi Prawdę Wyzwoloną z zeszłego tygodnia. Piszą, że Śmierciożercy, a czasem on sam, nagabują czarodziejów do przyłączenia się do nich. Nachodzą ich w własnych domach. A gdy ci odmawiają… wiadomo. Jedna avada i po sprawie.
            -Robi się coraz gorzej – Annabel wtuliła się w chłopaka.
            To prawda, nadchodziły ciężkie czasy. Voldemort zapanował już nad niemal całym Ministerstem Magii, chciał, by cały magiczny, a potem mugolski świat leżał u jego stóp a ludzie drżeli na sam dźwięk jego imienia. Jednak była jedna rzecz, której nie przewidział – że im brzydsze czasy, tym więcej koloru w środku, w człowieku. Tym ludzie bardziej pragną miłości, która zerwie ich do buntu. Tym bardziej podatni będą na radość. Będą niemal rozpaczliwie szukali uczucia, które ogrzeje ich zziębnięte dusze, całkowicie mu się poddając. Tym szybciej będą podejmowali wielkie decyzje i tym będą bardziej zaciekli, niewykluczone, że silniejsi.
            Lunatyk i Ann odczuwali brzemię tego, co miało nastąpić. Wiedzieli, że po skończeniu szkoły nie będzie im lekko, że Voldemort rośnie w siłę. Nagle Annabel przyszło do głowy coś, co spowodowało, że dawno nie czuła się tak przerażona.
            -A co, jeśli po skończeniu szkoły będą chcieli cię zwerbować? – powiedziała, jednak nie oczekiwała odpowiedzi na pytanie. – Hogwart co roku publikuje w Proroku Codziennym trójkę najbardziej obiecujacych absolwentów i daję głowę, że się w niej znajdziesz. Na pewno szukają świetnych czarodziejów, którzy by im pomogli w tym… czymkolwiek jest to, co robią.
            Martwiła się o niego. Wiedziała, że jej w tej trójce nie będzie – była prefektem naczelnym i miała dobre oceny, ale zawsze kryła się w cieniu, nie zgłaszała do odpowiedzi, nie wykazywała żadnych cech zwiazanych z szeroko pojętą „przebojowością” ani nic w tym stylu, więc też nie zaliczała się do osób „obiecujących”. Ale Remus tak. Poza tym jest wilkołakiem, większość ludzi gdyby o tym wiedziało, bałoby się go, co dla Śmierciożerców jest pewnie tylko dodatkowym plusem.
            -Nie zamartwiaj się tak – powiedział stanowczo. Wiedział, o co jej chodzi i rozumiał, ze się martwi. Szczerze mówiąc, sam ostatnio wiele o tym myślał i choć było to podejście mega narcystyczne, to jednak możliwe. Ale nie chciał, żeby Annabel wiedziała, że go też to rusza.
            Przyciągnął ją do siebie i pocałował, odchylając jej głowę w tył, tym samym niemal od razu pogłębiając pocałunek. Dziewczyna poddała się temu, przeczesując palcami jego włosy. Kolana jej zmiękły, a on, czując to, przytrzymał ją w uścisku, opierając o ścianę. Muskał jej ramiona opuszkami palców, tak, jakby chciał całować ją całym sobą. W takich chwilach czuł, jakby się przed nią obnażał, jakby oddawał jej całego siebie, wszystkie swoje komórki i atomy, w zamian przyjmując jej miłość. Nie wiedział, czy inni też to czują i nie był pewien, czy chce się dowiedzieć. Pragnął żywić się myślą, że czuje to wszystko, ponieważ dziewczyna obok jest miłością jego życia – jedyną, która kiedykolwiek była i będzie mu bliska. Był o tym bardziej niż przekonany. Annabel wyszeptała jego imię, gdy Remus zaczął całować jej szyję. Odchyliła głowę, wzdychając tak cicho, że nie przypuszczała, by mógł to usłyszeć. W końcu nie była głośną dziewczyną. To nie tak, że wstydziła się swoich uczuć albo tego, że pragnie Lupina – nie była w końcu ani pruderyjna, ani fałszywie skromna. Po prostu taka już była: cicha. Chłopak całował jej szyję, dekolt usta, a ona po prostu nie mogła uwierzyć, że ją kocha, że jej pragnie.
            Gdy zegar na wieży wybił północ, Remus się odsunął, choć Annabel ciagle zaciskała palce kurczowo ja jego ramionach. Tym razem nie chciała być kopciuszkiem.
            -Nie chcę wracać do dormitorium – powiedziała. Nie chciała, żeby odchodził, nie chciała się z nim rozstawać. Choć byli ze sobą niecałe trzy miesiące, czuła pomiędzy nimi wielką emocjonalną więź, która prawdopodobnie była już tam wcześniej, jednak udawało im się ją ukrywać.
            -Mam klucz do pokoju prefektów – wziął ją za rękę, a gdy wczytał w jej oczach niewerbalną zgodę, poszli, wtuleni w siebie, przez szkolne korytarze.
            W środku wyglądąło dokładnie tak, jak zostawili po ostatnim zebraniu prefektów we wtorek – nieumyte kubki po kawie, rozrzucone notatki, niedojedzone ciastka i krzesło, które Ray przewrócił, wygłupiając się z Claudią. Remus i Ann rozłożyli kanapę w rogu, znajdując w środku parę kocy, które posłużyły za prześcieradło, kołdrę i poduszki.
            Usiedli na łóżku obok siebie, a Lupin tak własciwie nie za bardzo wiedział, jak ma się to dego zabrać. Po chwili jednak pocałował ją delikatnie, bo to wychodziło mu całkiem nieźle. Jednak tym razem to Annabel zaczeła dyktować tempo. Usiadła mu na kolanach, przeczejuąc dłonią jego włosy, a drugą ręką trzymajac się barku chłopaka. Poczuła jego dłonie pod swoim swetrem, dotykające jej chłodnego ciała i zatrzymujące się na zapięciu stanika. Wiedziała, że Lunatyk nie zrobi nic wbrew jej woli, musiała dać mu znak.
            -Niech to szlag, nie muszę być damą – mruknęła, popychając go na łóżko.
            Podczas, gdy ten próbował rozpiąc jej stanik, Annabel z powodzeniem rozpinała guziki jego starej koszuli, którą nosił chyba od trzeciej klasy. Pomogła mu, zdejmując z siebie sweter.
            -Rany ale ty jesteś chuda – powiedział tonem tak zdziwonym, że oboje wybuchnęli śmiechem.
            -Jakby to było coś nowego – odparła i wróciła do całowania.
            -Kurczę Ann! Może gdybyś przestała mnie rozpraszać, w koncu rozpiąłbym ten cholerny stanik!
            -No wybacz – powiedziała i zastygła, śmiejąc się. – Teraz już mogę? – zapytała, gdy chłopakowi się udało.
            -Teraz jest to wręcz pożądane.

            Nie wiedziała, czy tak właśnie powinien wyglądać pierwszy raz. Nie wiedziała, czy trwało to odpowiednio długo i czy aby nie bolało jej za mało. Ale przecież choć nie odpowiedni – był ich. Jedyny w swoim rodzaju, wyjątkowy i chyba jednak wbrew wszystkiemu idealny, bo z osobą, którą się prawdziwie kocha.